Msza Święta oraz spotkanie dla rodziców po Stracie Dziecka!!! Zapraszamy

Msza Święta oraz spotkanie dla rodziców po Stracie Dziecka!!! Zapraszamy

3.01.2013 ok godz 16 Marysia dołączyła do grona ANIOŁKÓW [*]

„W księdze życia Anioł zapisał datę Twoich narodzin…

Zamykając ją, wyszeptał:ZBYT PIĘKNA DLA ZIEMI…




środa, 3 października 2012

Troszkę zdjęć ;)

 Przed wyjściem na party ;)







Wycieczka - North York Moors National Park











Tańcuję z tatusiem!!!




Wycieczka - HIGH FORCE 









Nowe okulary ;)







Uczę się siedzieć...




Codzienność w domku




Czesanie włosów ;p





Wypad do South Park






Zabawa ;>

środa, 26 września 2012

2012-09-25


Bardzo długo nie dawałam znać o sobie, za co wraz z rodzicami bardzo przepraszam. Rodzice cały czas są bardzo zajęci zadomawianiem się i załatwianiem wszystkich spraw. Na szczęście najważniejsze już mamy pomyślnie za sobą.
Od ostatniego wpisu miałam dwie ważne wizyty. Pierwsza dotyczyła odbioru moich nowych okularów. Są bardzo wygodne i mama z tatą od razu po ich założeniu zauważyli jak się rozglądam. Oczywiście na początku nie obywało się bez znacznego oporu przy ich zakładaniu, ale teraz nawet wykazuję już oczekiwanie, kiedy znów znajdą się na nosie, abym mogła wszystko lepiej widzieć. Okularki są mocniejsze od poprzednich, tj. noszę obecnie 5-6 na minusie. 10 października mam wizytę w celu założenia soczewki kontaktowej. Z niecierpliwością czekamy czy zda rezultat w moim przypadku.
Druga ważna wizyta była u genetyków. Niestety nie jesteśmy z niej bardzo zadowoleni, ale o tym krótko. Panie nie dość, że nie miały za bardzo pomysłu jaki zespół genetyczny mogę mieć (no bo może żaden, tylko tak mi próbują coś znaleźć na siłę…), to jeszcze zaczęły się czepiać, że różnica w wielkości oczu jest punktem zaczepienia. Tata tłumaczył i nawet pokazywał zdjęcia, że urodziłam się z oczkami tej samej wielkości i że jest to problem nabyty – wynikający z retinopatii – a nie wrodzony. Panie jednak nie wyglądały na przekonane. W dodatku na koniec okazało się, że nie pobiorą krwi, bo jest już duża kolejka oczekujących pacjentów i mamy przyjechać jeszcze raz specjalnie na pobranie krwi… Absurd! No i potem jeszcze pani zadzwoniła z informacją, że dobrze byłoby zrobić kilka rentgenów, żeby wiedzieć jakiego zespołu szukać, ale chyba nie myśli, że rodzice zdecydują się znowu naświetlać mnie (a miałam już ich sporo) i to dla czyjegoś widzimisie…!
Jeśli chodzi o mnie to mam się bardzo dobrze. Przekroczyłam 6 kg!!!!!! A co za tym idzie jestem coraz silniejsza. Gdy jadę w foteliku samochodowym wychylam się z niego do przodu. Z tego powodu rodzice zdecydowali się próbować sadzać mnie na kilka minut dziennie. Dosłownie kilka, żeby nie obciążać kręgosłupa. Zgodziliśmy się zatem na specjalne krzesełko, o którym wspominaliśmy, i wózeczek-spacerówkę, na które teraz czekamy.
Przestałam też wymiotować, a powodem była chyba dolna piątka, chociaż nie jest to łatwe do stwierdzenie ponieważ nie pozwalam zajrzeć sobie do buźki ;). Pojawiła się też dolna prawa czwórka (w końcu coś po tej stronie :q)  i zaczyna wychodzić dolna lewa dwójka. Tak, że sporo się dzieje ;)!!!


Ps. Jutro pod wpisem pojawią się zdjęcia ;)

sobota, 1 września 2012

2012-09-01


W czwartek byłam na kolejnej wizycie u okulisty. Tym razem w Newcastle, u dobrego specjalisty, który zajmuje się dziećmi takimi jak ja, tzn. borykającymi się z paskudną chorobą oczu - retinopatią wcześniaczą. Pan doktor, a dokładnie Mr Shafiq okazał się niesamowicie pozytywnym okulistą. Zaprosił nas do gabinetu i z uśmiechniętą twarzą zapytał:
- This is Maria? – doktor
- Yes – rodzice
- Congratulations  ;) – doktor
- How old is she? – doktor
- 18 months. – rodzice
- Congratulations  ;) – doktor

Zbadał mnie dokładnie i powiedział, że od razu widać, że patrzę swoim lewym oczkiem. Jak tylko weszłam do gabinetu zauważył jak wodziłam wzrokiem. Po zbadaniu potwierdził, ze siatkówka jest częściowo przyklejona, jest to „wysepka” na oku, o której już kiedyś była mowa, a dzięki której cokolwiek widzę. Prawe oczko, które jest maleńkie nie ma żadnych szans, ale nie widzi on potrzeby protezowania tego oczka, ponieważ różnica w wielkości między jednym a drugim nie jest bardzo duża. Uważa też, że skoro to oko cały czas jest, to czaszka będzie rosnąć, gdyby nie było oka powinno się od razu protezować. Trzeba tę sprawę oczywiście stale kontrolować, następna wizyta za 2 miesiące. Odnośnie oczka lewego nie widzi konieczności robienia badań np. sprawdzających budowę nerwu wzrokowego. Nie ma potrzeby męczyć mnie zbędnymi, a nieprzyjemnymi badaniami, ponieważ wie, że ja coś widzę, a ile widzę powiem jak będę starsza. Nie spodobały mu się również okularki, które noszę. W Anglii optycy w ogóle takich nie robią. Przez to, że mam maleńki nosek wbijają mi się one w oczy i działają jak gogle, tzn. robią się mokre od środka, dlatego też tak rzadko je noszę. Powiedział, że najlepszym rozwiązaniem będzie dla mnie miesięczna soczewka kontaktowa, którą będę nosiła cały czas, a jak wypadnie to wtedy okularki. Na obawy rodziców, czy zdołają założyć mi soczewkę, ponieważ potrafię bardzo mocno zaciskać oczy Mr Shafiq odpowiedział: She is strong, but you are stronger ;) (ona jest silna, ale wy silniejsi), w ten sposób rozwiał wątpliwości rodziców. Oprócz soczewki otrzymam również nowe okularki. Jak tylko będę je miała, na pewno na stronie ukażą się zdjęcia. Szkiełka są 2 razy mocniejsze niż te co miałam. W związku z tym, że są to drugie okularki można już dać mi mocniejsze. Oczywiście okulary dobierał mi już kolejny pan doktor. Z każdym mocniejszym mierzonym przez niego szkiełkiem przy oku byłam bardziej zaabsorbowana i rozglądałam się wokoło po całym gabinecie.
Każdego dnia jestem bardzo pogodna, czasami rodzice zastanawiają się, jak to jest, że dziecko, które tyle przeszło w swoim króciutkim, jak dotąd,  życiu może się tyle uśmiechać… A jednak może, jestem tego żywym przykładem. Cały czas ząbkuję, mam już 6 ząbków (2 jedynki na dole, górną jedynkę i dwójkę po lewej stronie oraz lewe czwórki, góra i dół). Chyba lada dzień będzie kolejny ząb, bo wymioty nie dają mi spokoju. U mnie to jedyny objaw ząbkowania, ani nie gorączkuję, ani nie płaczę, rodzice nie muszą też stosować na moje dziąsła specjalnych preparatów. Zamiast tego wszystkiego podczas karmienia zawsze asekuracyjnie muszą trzymać przy mnie miskę. Ostatnimi dniami apetyt mi dopisuje. Poprzedniej nocy nie przespałam nie jedząc, wytrzymałam od 23 do 5 rano. Taki ze mnie mały Głodomorek ;). Niestety w dalszym ciągu nie akceptuję żadnych grudek. Co niestety niepokoi moich rodziców. Ostatnia próba posmakowania gotowanego, startego jajka skończyła się strasznymi wymiotami i torsjami. Jedynym sposobem, abym była najedzona jest kamienie płynnymi pokarmami z kubeczka, wtedy nie zatrzymuję tego w buźce, tylko od razu przełykam. Łyżeczką potrafię jeść ładnie jednolite pokarmy, ale niestety znacznie mniejsze ilości niż kubeczkiem, dlatego rodzice karmią mnie nią rzadko. Ostatnio waga wskazywała u mnie 5890g. Niedługo 6 kg… ;q

niedziela, 19 sierpnia 2012

2012-08-19


Jesteśmy już 4 tygodnie w Anglii. Wszystko tu dzieje się bardzo szybko. Jadąc do Anglii słyszeliśmy różne opinie na temat służby zdrowia, najczęściej słyszeliśmy to, że bardzo długo czeka się na wizyty u specjalistów. Pewna mama powiedziała, że na wizytę u okulisty czekała pół roku… Nie w przypadku Marysi. Do okulisty trafiła już po niecałym tygodniu, a po dwóch do kardiologa oraz pulmonologa. Okulista niestety za dużo nie powiedział, skierował nas do specjalisty do innego miasta, który będzie bardziej kompetentny odnośnie wad Marysi. Kardiolog do którego trafiliśmy to bardzo konkretny, cieszący się bardzo dobrą opinią specjalista. Powiedział nam bardzo dużo ważnych informacji. Po pierwsze, tu w Newcastle operują tego typu wady. Gdyby Marysia mieszkała dawniej w Anglii, na pewno zastanawialiby się nad korekcją jej wady już ok. pół roku temu. Cała wizyta trwała ok. 3 godzin, w tym rozmowa z lekarzem prawie 2 godziny. Chyba nie jesteśmy przyzwyczajeni, aż do takiej uprzejmości ze strony lekarzy. Kardiolog rozrysował nam dokładnie wadę serca Marysi, do tej pory żaden lekarz nie wyjaśniał nam w ten sposób, wszystko w przystępny sposób, a zarazem konkretnie, tłumacząc, że jako inżynierowie na pewno rozumiemy wszystko. Cała wiedza jaką zdobyliśmy do tej pory na temat serca Maryni, była naszą inicjatywą, przez półtora roku, dotarliśmy do wielu informacji w książkach, czasopismach czy Internecie. Korzystaliśmy oczywiście z konsultacji e-mailowo, jak również telefonicznie z wieloma specjalistami. Podczas każdej wizyty u kardiologów w Polsce, słyszeliśmy, jak również czytaliśmy na wynikach badań „serce jako pompa pracuje prawidłowo”. Tutejszy lekarz temu zaprzeczył. Powiedział, ze nie do końca pracuje tak jak powinno przy tej wadzie serca. Być może jest to efekt długotrwałej intubacji Marysi i oddychania przy pomocy respiratora. Uważa on również, że jest to błąd lekarzy, którzy po narodzinach Marysi podkręcali jej respirator, aby utrzymać saturację ok. 90% oraz retencję dwutlenku węgla ok. 50mmHg. To było niestety niepoprawne postępowanie, być może gdyby to wszystko tak się nie potoczyło Marynia nie miałaby dziś tak głębokiej retinopatii wcześniaczej oraz nie zaburzyłoby to pracy jej maleńkiego serduszka. Gdyby takie unikatowe dziecko trafiło w jego ręce od razu, pozwoliłby jej mieć saturację jej własną, tj. 60-70% i gazometrię taką jaką ma, tj. ok. 80-100 mmHg. Nikt nie był zaskoczony jej saturacją po podłączeniu pulsoksymetru, wskazanie monitora 57-70% nie było żadnym zaskoczeniem, jedynie takim, że nie jest „blue child”. Czasu nie wrócimy, nie cofniemy tego co zaczęło się dziać z Marysią od momentu jej narodzin 1,5 roku temu. Lekarze, na których trafiła na pewno robili wszystko na miarę ich wiedzy i możliwości. Wierzymy, że przypadek Marysi będzie dla lekarzy nowym doświadczeniem. Dziękujemy za to, że nasz Cud jest z nami, uśmiecha się, robi się coraz mądrzejsza… Dzięki uprzejmości lekarza kardiologa tego samego dnia trafiliśmy również do pulmonologa, aby nie tracić w pracy kolejnego dnia wolnego, udało się wszystko załatwić bez kolejki . Kolejna wizyta trwała kilka godzin, nie spodziewaliśmy się tylu godzin spędzonych na rozmowach z lekarzami i niestety nie byliśmy zaopatrzeni w Marysi jedzonko na tyle czasu. Pulmonolog powiedział, że wyjęcie rurki tracheotomijnej było bardzo dobrą decyzją. Zmiany na płucach nie są aż tak tragiczne, co go bardzo ucieszyło. Zapytaliśmy go o naszą obawę związaną z tym, że otwór po tracheotomii jest nadal drożny, powiedział on, że z doświadczenia wie, ze jeśli nie zarośnie się do 3 miesięcy po wyjęciu rurki trzeba zszywać. Ale na razie nie będziemy tego robić, aż do ustaleń związanych z ewentualną korekcją wady serca. Marysia sobą urzeka wszystkich. Dyskutowała całą wizytę z lekarzem: „aja”, „eja”, „wwa”… Na każdym kroku słyszymy od wszystkich jaka ona słodka, urocza, śliczna, itd. Swoim wyglądem „Calineczki” nie przypomina 18-sto miesięcznego dziecka, a przy tym jest mądrzejsza niż dzieciątka o jej wielkości. Cały czas waży ok. 5700g przy wzroście ok. 66cm. To jest duży powód do niepokoju lekarzy. Dietetyk powiedziała, że karmimy ją dobrze. Lekarze obawiają się jednak czy nie cierpi ona jednak na jakąś rzadką chorobę genetyczną, której objawem jest również wielkość człowieka. Badania genetyczne wykonywane w Polsce rozszerzane o inne zespoły nie wykazywały żadnych wad. Na pewno czeka nas wizyta również u genetyka tutaj. Być może słyszał kiedyś o dziecku, które jest obciążone takimi wadami jak Marysia. Dało by to być może pogląd na całokształt życia. Jest to ważna informacja, gdyby miała się odbyć kiedykolwiek operacja serca. Dostaliśmy ostatnio pismo, w którym jest podana cała  lista specjalistów, którzy będą oglądać Marysię. Czekamy na ustalenie przez nich terminów wizyt. Z tego co mówił pulmonolog oraz kardiolog, do końca września wszystkie wizyty powinniśmy mieć już za sobą.
Spotkaliśmy się już również  z fizjoterapeutką. Niestety tu w Anglii nie stosują żadnej z metod, którą do tej pory Marysia była rehabilitowana. Według pani, która u nas była Marysia gotowa jest do siedzenia…Z czym my, ani nasi Polscy terapeuci się nie zgadzamy. Według niej należy Marynię sadzać na specjalnym krzesełku, które dostaniemy ze szpitala i w ten sposób mięśnie będą przyzwyczajane do siedzenia oraz równolegle do raczkowania. Zastanawiamy się mocno czy zgodzić się na tego typu rehabilitację. Boimy się o wciąż delikatny Marysi kręgosłup. Czeka nas wspólne spotkanie z fizjoterapeutką oraz lekarzem rehabilitantem, którzy wspólnie będą próbować przekonać nas do tego typu postępowania. Musimy to mocno przemyśleć, poczytać na ten temat, zasięgnąć opinii innych terapeutów, aby nie zepsuć tego, co było wypracowane przez miesiące.   
Po dwóch tygodniach pobytu w Anglii udało nam się zakupić własny pulsoksymetr, który sprowadziliśmy z USA. Jego cena była o 50 % niższa niż w Polsce. W tym samym czasie zwróciliśmy wypożyczony z hospicjum.
Marysia w Anglii, w przeciwieństwie do nas, jest przeszczęśliwa. „Kraina deszczowców” jej odpowiada strasznie. Dostaje już o połowę mniejsze dawki leków i czuje się świetnie. Nie potrzebuje też zupełnie nawilżacza powietrza. Śmieje się non stop i bardzo dużo gaworzy. Czasami, gdy kładziemy się spać krzyczy tak głośno, że nie daje nam spokojnie zasnąć. Nasza Mała Dziewczynka uczy się już zwracać na siebie uwagę.


A NA KONIEC TROSZKĘ NOWYCH FOTEK ;)





















sobota, 28 lipca 2012

2012-07-27



XX Elbląska Pielgrzymka Piesza na Jasną Górę

Dzisiaj na szlak pielgrzymkowy wyruszyła pierwsza grupa z diecezji elbląskiej. Kolejne grupy na trasie pielgrzymki pojawią się już jutro. Hasło tegorocznej pielgrzymki brzmi „Oto Matka Twoja”. Wszystkie grupy dotrą do CELU 11 sierpnia.
Marysieńka po raz pierwszy na trasie pielgrzymki była będąc kilkunastodniową „fasolką” w brzuchu mamy w 2010 roku. Wędrowała z nami 3 dni, przed tron Matki Bożej, gdzie po raz pierwszy została odprawiona za nią Msza Święta.  
Rok temu, kiedy stan zdrowia naszej dziewczynki był bardzo ciężki, pielgrzymi nieustannie o niej pamiętali. W czasie trwania pielgrzymki doświadczyliśmy cudu, pewnego dnia lekarze zaczęli mówić o tym, że nasze dziecko powinno wkrótce przestać wymagać respiratora, a na samym tlenie będziemy mogli pójść do domu. Było to dla nas niesamowite, ponieważ perspektywa zmieniła się diametralnie, dzień czy 2 dni prędzej mówiono nam, że o wyjściu do domu, nie mamy nawet co marzyć… Również w czasie pielgrzymki, Maria miała zabieg tracheotomii, po którym jej stan zaczął się sukcesywnie poprawiać. Dziękujemy za każdą modlitwę w intencji naszej córeczki Marysi.
Prosimy o pamięć również na tegorocznej pielgrzymce. My niestety nie możemy być razem z Wami, choć tak bardzo pragnęliśmy, ale myślą i sercem Wam towarzyszymy.
Wszystkim życzymy owocnego pielgrzymowania do tronu Pani Jasnogórskiej. 







poniedziałek, 23 lipca 2012

2012-07-22


U mnie dużo nowości. Ostatnio pisaliśmy o wyjeździe do Anglii – doszedł on już do skutku. Od 2 dni jestem na wyspach ;).
Podczas ostatniego wpisu poruszone zostały problemy związane ze sprzętem, którego hospicjum, a raczej dwie panie tam pracujące, dla których potrzeby dzieci nie mają większego znaczenia, absolutnie nie zgodziły się nam udostępnić nawet na kilka tygodni do czasu, aż się ogarniemy w innym kraju. Dzięki Cudownej Osobie, która postanowiła podarować mi pieniądze potrzebne na zakup niezbędnego sprzętu nasz plan wyjazdu mógł dojść do skutku. Temu Cudownemu Aniołowi w ludzkiej postaci serdecznie dziękujemy raz jeszcze!!! Za podarowane pieniądze rodzice postanowili zakupić sprzęt identyczny z tym, którego używaliśmy w domu,  a który należał do hospicjum. Chcieli, aby aparatura była sprawdzona, ponieważ od niej zależy moje zdrowie i życie. Koncentrator tlenu udało się zakupić nawet troszeczkę lepszy, bo cichszy, natomiast sporego problemu przysporzył rodzicom pulsoksymetr. Niestety nie znaleźli w Polsce takiego samego, więc postanowili zakupić inny. Nowy sprzęt okazał się nietrafiony, nie był w stanie odczytywać poprawnie moich niezbyt „poprawnych” saturacji. Cały czas pokazywał ponad 90%, nawet jak rodzice odłączali mi tlen, co było kompletną bzdurą, ponieważ ja maksymalną saturację mam ok. 85%. Podczas odłączenia od tlenu po kilku minutach reaguję wiercąc się nerwowo oraz siniejąc, jednak pulsoksymetr tego nie wyłapywał. Rodzice zobligowani byli zwrócić zakupiony sprzęt, a nie mogli oddać pulsoksymetru hospicyjnego, ponieważ jest on niezbędny każdej nocy. Prawie codziennie budzi on swoim alarmem rodziców, kiedy ja smacznie śpię, a spada mi saturacja, np. z powodu odczepienia wężyka od tlenu. Każdy taki incydent grozi poważnym niedotlenieniem mózgu, a nawet śmiercią, gdyby rodzice w porę nie reagowali. Ostatnio, podczas upałów, kiedy twardo spałam kilkakrotnie zdarzyły mi się incydenty groźnego spadku tętna. Za każdym razem na szczęście obyło się bez użycia sprzętu, czyli ambu. Wystarczyło mnie szurnąć i wybudzić z twardego snu, a momentalnie wracałam do siebie. Aż strach pomyśleć, jakby mogło się to skończyć, gdyby nie alarm wyjący z jednego z najważniejszych urządzeń, jakim jest pulsoksymetr. Niestety nie każdy rozumie jak ważna jest to maszyna dla dziecka, takiego jak ja, czyli tlenozależnego, z chorymi płuckami, z poważną wadą serca oraz będącego wcześniakiem, któremu mogą zdarzyć się bezdechy, czy bradykardie. Moim rodzicom kazano oddać ten sprzęt do hospicjum, nie liczyło się w tym momencie w żadnym wypadku moje dobro, a jedynie lęk przed tym, że moi rodzice okażą się złodziejami i mogą nie oddać w ciągu kilku tygodni pulsoksymetru. Rozpętała się wokół tego urządzenia prawdziwa burza, o której szczegółach nie warto tu jednak pisać i ponownie się denerwować –  bo „Denerwować jest to mścić się na własnym zdrowiu za głupotę innych”. Ostatecznie po wielu interwencjach ksiądz dyrektor hospicjum zgodził się na wypożyczenie nam sprzętu na 2-3 tygodnie, po czym na drugi dzień zmienił zdanie, prawdopodobnie pod wpływem pani wicedyrektor oraz pani koordynator. Tak czy inaczej pulsoksymetr jest ze mną w Anglii i prawdopodobnie jutro zostanie zamówiony dla mnie nowy ze Stanów. Od razu jak dostanę nowy sprzęt ten zostanie wysłany bezpośrednio do hospicjum. Jak wyjeżdżałam do Rabki Zdrój na 2 tygodnie nikt nie robił problemu, aby wypożyczyć sprzęt, mimo, że na ten czas byłam wypisywana z hospicjum, ale gdy wyjeżdżam za granicę i rodzice chcieli wypożyczyć sprzęt mniej więcej na ten sam okres pojawia się olbrzymi problem. Być może innych rodziców, problemy jakie pojawiły się przed wyjazdem zniechęciłyby, jednak  należy mieć swoje zdanie i wiedzieć czego się chce w życiu. Na stronie tytułowej mojego bloga są cytowane słowa błogosławionego Jana Pwała II: „Troska o dziecko jest pierwszym i podstawowym sprawdzianem stosunku człowieka do człowieka”. Te słowa nie są zamieszczone tam przypadkowo, ale po to, aby każdy mógł się nad nimi zastanowić. Myślę, że gdyby każda z osób należących do dyrekcji hospicjum zawiesiłaby sobie te słowa wielkimi literami nad łóżkiem, może wszystko by trochę lepiej funkcjonowało, może liczyło by się wtedy wyłącznie dobro dziecka, tak jak powinno być w hospicjum dla dzieci, a nie chęć pokazania kto tu rządzi, chęć wywyższenia się czy po prostu pieniądze. Moi rodzice niejednokrotnie słyszeli od innych rodziców o podobnych problemach, ale niestety każdy boi się o tym mówić. W życiu tak już jest, że ten kto jest głośny, czy naprawdę dąży mocno do celu jest najgorszy i źle postrzegany przez społeczeństwo.
Tak jak wspominałam na początku, od piątku jestem już w Anglii. Kilka dni przed wyjazdem, kiedy wokół wyczuwalna była już atmosfera podróży zaczęłam być niezwykle radosna. Uśmiechałam się, śmiałam nawet w głos oraz gaworzyłam – już nie tylko głoskami a sylabami. Niesamowicie dobrze zniosłam podróż, która trwała prawie 30 godzin. Rodzice byli mną zaskoczeni. Regularnie oczywiście musieli się ze mną zatrzymywać na karmienie, ale bardzo dużo spałam, a jak nie to gaworzyłam i bawiłam się z rodzicem, który akurat ze mną siedział. Już po paru godzinach od przyjazdu rodzice postanowili załatwić jedną z najważniejszych rzeczy, a mianowicie butle z tlenem. W tym celu wybrali się do pobliskiej przychodni, gdzie jak to w również w Polsce, panie z recepcji zaczęły ich odsyłać z miejsca na miejsce, ale jako, że rodzice są osobami upartymi i przez te miesiące życia ze mną musieli nauczyć się asertywności, podczas trzeciej wizyty w przychodni udało się wszystko załatwić. Przyjęła nas bardzo miła pani doktor, która bardzo pochwaliła moich rodziców, za to, że są tak ogarnięci i na wszystkim się znają. Od razu pani doktor dostała do przejrzenia najważniejsze dokumenty dotyczące mojego stanu zdrowia, przetłumaczone jeszcze w Polsce przez tłumacza przysięgłego, dostała kartę szczepień oraz wyniki ostatnich badań laboratoryjnych, robionych tydzień przed wyjazdem. Pani doktor niezwykle zaangażowała się w moją sprawę. Powiedziała rodzicom, że jeśli zdecydują się zostać w Anglii, będą miała minimum taką samą opiekę jak w Polsce, albo znacznie lepszą. Lekarka zamówiła dla mnie tlen, nie wiedziała, czy uda jej się załatwić tego samego dnia, czy dopiero po weekendzie. Umówiliśmy się z nią na środę, na dłuższą wizytę i rozmowę. Czeka nas na pewno szereg wizyt u specjalistów: kardiologa, pulmonologa oraz okulisty, ponieważ każdej mojej chorobie musi przyjrzeć się angielski specjalista. Od razu tego samego dnia wieczorem do drzwi mieszkania zapukał pan z firmy zajmującej się transportem tlenu. Otrzymaliśmy 6 małych butli tlenowych, plasterki, kaniule, plecaczek na butlę, wszystko bezpłatnie. Co ciekawe, w Polsce używaliśmy butli czy koncentratora, które podawały tlen w ilości 0,5l, 1l, 2l, itd. Najmniejszą ilość jaką można było mi podać to 0,5l. Tu natomiast wraz z butlami otrzymaliśmy specjalny reduktorek, który dozuje tlen co 0,1!!! Jako, że jestem mocno tlenozależna trudno jest skręcić tlen z 0,5 l od razu do 0, może skręcając stopniowo do 0,4 , 0,3, itd… uda mi się w końcu zejść z tlenu. W tym przypadku koncentratora tlenu w ogóle nie używamy, wyłączne butli. W momencie, kiedy zacznie się nam kończyć tlen, należy zadzwonić do firmy, a na drugi dzień tlen będziemy mieli w domu. Odbywa się to zupełnie inaczej niż w Polsce. Tam za tlen płaciliśmy dużo pieniędzy, bo średnio 600 zł miesięcznie. Ponadto sami musieliśmy jechać do firmy, w której zakupuje się tlen lub poprosić kogoś, aby tam pojechał, gdyż otwarte tam było wyłącznie  w godzinach 8.30 – 14.30.

W Anglii czuje się bardzo dobrze. Mam nadzieję, ze tak będzie cały czas. Jak nigdy przesypiam całe noce. W domu zwykle budziłam się z raz lub dwa. Tu potrafię spać nawet 10 godzin. Jest tu dość chłodno i pomimo, że rodzice woleliby słońce, dla mnie jest idealnie. Oddycham też bardzo lekko. Do tlenu nie trzeba używać nawilżacza, ponieważ tu powietrze jest wystarczająco wilgotne. Najbliższe dni zapowiadają się w dalszym ciągu mocno pracowite, ponieważ rodzice mają do załatwienia mnóstwo spraw związanych ze mną i nie tylko.

allplayerKalendarz na stronę